0 0,00 zł
Koszyk
Twój koszyk jest pusty
Kontynuuj zakupy

Karząca dłoń Polski Podziemnej

Franz Kutschera należał do jednych z najlepszych „specjalistów” od ujarzmiania podbitych przez III Rzeszę narodów. Jego brutalnych metod doświadczyły Norwegia, Jugosławia, Czechosłowacja, Holandia, Belgia i Rosja. W związku z nasilającą się działalnością Polskiego Państwa Podziemnego został skierowany do Warszawy z zadaniem utopienia niepokornego miasta we krwi. Liczył, że jego krwawe i brutalne metody będą skuteczne, a on sam po wykonaniu zadania będzie mógł wypiąć pierś po kolejne odznaczenie.

Jak bardzo mylne były to rachuby, przekonał się 1 lutego 1944 roku, kiedy ostatnią rzeczą jaką widział byli strzelający doń żołnierze Polski Podziemnej, którzy w Jej imieniu wykonywali wyrok za zbrodnie, których się dopuścił. W tym roku mija 70 lat od likwidacji tego zbrodniarza. Druga połowa 1943 roku zwiastowała kolejne porażki Niemców w toczącej się wojnie. Po klęsce pod Stalingradem i na Łuku Kurskim inicjatywa strategiczna przeszła w ręce Sowietów i od tej pory wojska niemieckie będą w odwrocie. Na zapleczu frontu III Rzesza musiała radzić sobie z nasilającą się partyzantką, głównie polską i sowiecką. Zwłaszcza polskie ziemie stanowiły niezwykle ważny rejon dla Niemców. Z racji odległości frontu w Generalnej Guberni umieszczono fabryki i zakłady produkujące na potrzeby niemieckiej armii zmagającej się z bolszewikami na bezkresnych wschodnich stepach. Największe zagrożenie dla organizacji niemieckiej gospodarki stanowiły działania Polskiego Państwa Podziemnego, którego stolicą wciąż była Warszawa – mimo hitlerowskich planów sprowadzenia jej do roli prowincjonalnego , stutysięcznego miasta. Miasto to stało się wręcz symbolem polskiego ruchu podziemnego, nawet dla Niemców. Sam Hans Frank mówił, „że gdyby nie Warszawa, mielibyśmy 4/5 problemów mniej”. Wspominał także w swym przemówieniu z 18 listopada 1943 roku, wygłoszonym na posiedzeniu „rządu GG” z udziałem Heinricha Himmlera, tych policjantów niemieckich i urzędników, którzy do Niemiec wrócili w trumnach: „Ponad 1000 funkcjonariuszy niemieckiej Ordnungspolizei i Sicherheitspolizei złożyło swe życie w ofierze w toku pełnienia swych obowiązków w ramach samej tylko normalnej służby policyjnej, a więc nie wchodzą tu w rachubę straty poniesione w akcjach specjalnych, przeprowadzanych na wielką skalę przez policję. Obok tych strat liczba 500 ofiar spośród pracowników administracji ogólnej wszelkich sektorów i działów zasługuje na osobną wzmiankę.

Niemcy zdawali sobie sprawę, że to właśnie w Warszawie zbiegają się nici podziemnego państwa polskiego. To, że te nici wymykały im się z rąk to inna sprawa – wiedzieli, że jeśli uda się ujarzmić Warszawę, to spora część problemów odpadnie, a poza tym da się przykład niemieckiej surowości i stanowczości. O metodach, jakimi zamierzano to osiągnąć, daje wyobrażenie inny cytat Hansa Franka. Na pytanie o porównanie sytuacji w Protektoracie Czech i Moraw i w Generalnym Gubernatorstwie, Hans Frank odpowiedział: „W Pradze na przykład wywieszono wielkie czerwone plakaty podające do wiadomości, że tego dnia rozstrzelano 7 Czechów. Powiedziałem sobie wtedy: gdybym chciał przeznaczyć po jednym plakacie na każdych siedmiu rozstrzelanych Polaków, wówczas wszystkie lasy polskie razem wzięte nie wystarczyłyby na wyprodukowanie dostatecznej ilości papieru.” Innymi słowy miały to być metody znane w Polsce od września 1939 roku. Niemcy myśleli, że dzięki tym środkom złamią ducha polskiego oporu i zdołają miasto uczynić bezpiecznym dla nich. Sytuacja była nagląca, gdyż stan bezpieczeństwa w mieście był „fatalny”, jak wyraził się dowódca Policji i SD (Sicheitsdienst – Służba Bezpieczeństwa SS) GG SS-Oberführer Walter Bierkamp i chodzi o to, żeby „ludność polska poczuła, że władze niemieckie teraz już naprawdę ostro biorą się do rzeczy”. Nie uwzględnili jednego faktu – po kilku latach okupacji Polska Podziemna już okrzepła i dysponowała siłami zdolnymi do krzyżowania niemieckich planów.

Wybór kata

Wykonawcą woli „niemieckich nadludzi” miał zostać SS-Brigadeführer und Generalmajor der Polizei Franz Kutschera. Był stosunkowo młodym, 40 – letnim oficerem SS i policji, który dał się już poznać z „twardej ręki”. Był członkiem SS od dawna, jego legitymacja nosiła dość niski numer 19659. Był także członkiem NSDAP.

25 września 1943 roku została podpisana jego nominacja na dowódcę SS i policji na dystrykt warszawski. Wybór jego osoby na to stanowisko wiązał się z wydanym 2 października 1943 roku dekretem Franka „o zwalczaniu zamachów na niemieckie dzieło odbudowy w Generalnym Gubernatorstwie”. Dekret ten przewidywał surowe kary (najczęściej karę śmierci) za jakąkolwiek działalność szkodzącą Niemcom. Interpretacja owej szkodliwości leżała w rękach sądów doraźnych policji bezpieczeństwa. Co ciekawe i charakterystyczne - karany miał być również zamiar „zamachu na niemieckie dzieło odbudowy”. Oskarżonemu nie przysługiwał obrońca, nie przewidywano także dostarczenia mu pisemnego uzasadnienia wyroku, który wykonywany był od razu. Zabijanie nosiło więc cechy totalnej „dowolności”. Do roli brutalnego pacyfikatora Kutschera nadawał się znakomicie - do Warszawy przybył z Mohylewa, wcześniej dał się poznać w Norwegii, Jugosławii, Belgii, Holandii i Czechosłowacji. Dekret Franka wszedł w życie 10 października. Już kilka dni później – 16 października w Warszawie miała pierwsza publiczna egzekucja (w alei Niepodległości róg Madalińskiego), która rozpoczęła cały krwawy ciąg tych ponurych widowisk. Tylko w samym październiku odbyło się kilka kolejnych masowych egzekucji – 17 października na ulicy Piusa XI nr 17, 20 października na Wale Miedzeszyńskim, 26 października na ulicy Leszno 3, 30 października przy ulicy Towarowej. Rozpoczęły się „łowy”, w której warszawiacy byli zwierzyną. Łapanki miały już nie tyle dostarczyć nowych przymusowych robotników, co ofiar. Ludzi wygarniano z kościołów, tramwajów, restauracji. Na ulicach miasta pojawiły się afisze z nazwiskami rozstrzelanych i nazwiskami tych, którzy byli zakładnikami. Od śmierci nie chroniło dosłownie nic – ani doskonałe papiery, ani praca dla Niemców, ani brak jakichkolwiek związków z Podziemiem, ani wiek.

Dla Niemców liczyło się tylko rozstrzelanie określonej liczby osób – im więcej, tym lepiej. Tygodniowo ginęło kilkaset osób. Egzekucje odbywały się publicznie, zmuszano do ich oglądania przechodniów, miejsce kaźni otaczając każdorazowo znacznymi siłami. W Warszawie zapanowała atmosfera obezwładniającego strachu. Dalszy terror groził psychicznym złamaniem społeczeństwa polskiego. Szybka reakcja nastąpiła ze strony Kierownictwa Walki Podziemnej. W prasie konspiracyjnej wydrukowano komunikat KWP pt. Zapowiedź. Odniesiono się do wzmożonego terroru, pisząc, że „w ostatnich dniach gestapo rozpoczęło nową falę terroru w formie masowych łapanek niewinnych ludzi oraz brania i rozstrzeliwania zakładników (…). Polacy nie dadzą się zastraszyć taką bezmyślną i okrutną akcją. W odwet za tego rodzaju akty terroru – zostaną wykonane dodatkowe uderzenia dywersyjne i represyjne.”. Były to na razie słowa, za którymi musiały pójść czyny. Uderzenia dywersji wymierzono Orpo, a więc bezpośredniego wykonawcę łapanek i egzekucji. Użyto do tego oddziałów Kedywu Okręgu Warszawskiego AK. Uderzenia polegały na atakowaniu tzw. „bud” czyli samochodów policyjnych używanych do łapanek, przez zespoły bojowe, które poruszały się w pobliżu głównych tras łączących dzielnice miasta. I tak np. w dniu 26 listopada 1943 roku zaatakowano niemieckie samochody policyjne na Nowym Świecie i na Moście Poniatowskiego. W pierwszej akcji Niemcy mieli stracić 12 zabitych i rannych, w drugiej 10. Ciekawe informacje na temat działalności Kutschery i stanu bezpieczeństwa w Warszawie znajdujemy w meldunkach gubernatora dystryktu warszawskiego Ludwiga Fischera. Pisał on, że „(...) w październiku liczba zamordowanych Niemców wzrosła do 78, a 72 zostało ciężko rannych. W odwet dowódca SS i policji wydał ostre zarządzenie, że za każdy zamach będzie rozstrzeliwał publicznie Polaków. Na skutek tego zarządzenia w listopadzie liczba zamordowanych Niemców spadła do 15, a ciężko rannych do 67. (…) W odwet dowódca SS i policji wzmaga represje. Liczba zabitych Niemców znacznie się zmniejsza. Jeszcze w grudniu było 50 zabitych, zaś w styczniu 1944 r. już tylko 5. Ilość napadów najmniejsza ze wszystkich do tej pory. Nastąpiła znaczna poprawa bezpieczeństwa w wyniku działalności SS-Brigadeführera (…).”.

Uderzać czy nie? Uderzać!

Przed KG AK pojawił się dylemat: podejmować się likwidacji kata czy zaniechać jej ze względu na potencjalne kolejne ofiary? Decyzja mogła być tylko jedna – zlikwidować. Społeczeństwo Warszawy było już na skraju załamania, ludzie ginęli niezależnie od podejmowanych przez Podziemie akcji. Likwidacja zbrodniarza ukazałaby – zarówno Niemcom, jak i Polakom – że istnieje sprawnie działające w podziemiu państwo, które jest w stanie wyegzekwować wyroki, że warszawiacy nie są bezbronni wobec brutalnej przemocy, że na świecie - mimo wojny - istnieje sprawiedliwość, że zbrodnie nie pozostają bez kary. Pierwszym problemem, z którym musieli się zmierzyć żołnierze AK było zidentyfikowanie zbrodniarza. Na afiszach Kutschera nie występował pod swoim nazwiskiem, tylko jako „Dowódca Policji Bezpieczeństwa i SD na dystrykt warszawski”. Jako takiego wciągnięto go na listę celów do likwidacji w ramach akcji „Główki”. Na liście tej znajdowali się najbardziej szkodliwi Niemcy – zarówno z policji, jak i administracji cywilnej. Decyzję o likwidacji KWP przekazano do Kedywu KG AK. Rozkaz likwidacji wydał płk. dypl. Emil August Fieldorf „Nil”. Do wykonania rozkazu wyznaczono oddział specjalny Kedywu KG - „Pegazowi”. Był to dawny „Agat”, znany już z akcji przeciwko gestapowcom. W styczniu 1944 roku „Agat” przemianowano na „Pegaz 81” (przeciw gestapo), co wiązało się z ogólną zmianą kryptonimów w KG AK. Zmiana była motywowana też niemieckimi poszukiwaniami oddziału, który zadał im bolesne straty. Zidentyfikowanie generała SS i policji ułatwił, jak to nieraz bywa, przypadek. Aleksander Kunicki „Rayski”, który był szefem komórki wywiadowczej „Agatu”, teraz „Pegaza”, rozpracowywał oficerów niemieckiej policji, zwłaszcza szefa wydziału IV (gestapo) warszawskiego Urzędu Policji Bezpieczeństwa – Waltera Stamma oraz samego szefa Urzędu – Ludwiga Hahna. Często zatem przebywał w „dzielnicy niemieckiej” - w Alejach Ujazdowskich i w okolicy.

Wiedziano, że w Alejach, w pałacyku pod numerem 23 mieści się dowództwo SS i policji na dystrykt warszawski. Pewnego dnia „Rayski” zwrócił uwagę na podjeżdżający na podjazd pałacyku dużą, ciemnostalową limuzynę marki Opel-Admirał o numerach rejestracyjnych SS-20795. Wysiadł z niego oficer SS w płaszczu, na którym nie było dystynkcji. Dusza wywiadowcy podpowiadała „Rayskiemu”, żeby sprawdzić czy ten oficer przyjeżdża regularnie i kim jest. Zaczął obserwację pałacyku między godzina 8 a 9 rano. Jako że samochód nadjeżdżał od strony placu Na Rozdrożu, „Rayski” przenosił się w tamtą stronę. Wkrótce stwierdził, że samochód wyjeżdża z alei Róż. Później okazało się, że ów oficer wychodzi z budynku w alei Róż 2. Jednego dnia oficerowi SS odchylił się płaszcz i ukazały się szlify generalskie. Przekonało to „Rayskiego”, iż może to być Kutschera. Zawiadomił o tym kpt. „Pługa”, dowódcę „Pegaza”. „Pług” zameldował „Nilowi” o podejrzeniach „Rayskiego”. Na drugi dzień „Nil” informował „Pługa”, że ów generał SS to sam Franz Kutschera. Został zidentyfikowany przez wywiad KG AK. Przekazał również jego zdjęcie. „Rayski” potwierdził, że generał ze zdjęcia to ta sama osoba, która regularnie podjeżdża pod pałacyk w Alejach Ujazdowskich. Należało teraz potwierdzić tożsamość Kutschery. I tym razem niemieckie zamiłowanie do porządku ułatwiło pracę polskiemu Podziemiu. Jeden z wywiadowców – Ludwik Żurek „Żak” sprawdził dane w niemieckim biurze meldunkowym. Okazało się, że w alei Róż jest zameldowany jeden generał SS o nazwisku Kutschera. Można już było rozpocząć przygotowania do tej niezwykle niebezpiecznej i ważnej akcji, która na stałe wejdzie do polskiej historii.

Przygotowania

Przygotowania do akcji wyglądały podobnie jak w innych tego typu działaniach. Należało opracować dokładny plan, wybrać miejsce akcji, wyznaczyć ludzi, przygotować samochody i zaplecze sanitarne dla ewentualnych rannych. Do obserwacji Kutschery wyznaczono wywiadowczynie „Pegaza”: Annę Szarzyńską - Rewską „Hankę”, Marię Stypułkowską „Kamę” i Elżbietę Dziembowską „Dewajtis”. Zmieniały się one co kilkanaście minut, aby nie przyciągnąć uwagi Niemców. „Żak” starał się rozpoznać siły chroniące dowództwo SS i policji, „Rayski” rozpoznawał pobliże miejsca akcji – punkty, z których Niemcy mogli prowadzić ogień. Rozpoznanie trwało prawie miesiąc. 20 stycznia 1944 roku kpt. „Pług” otrzymał meldunek o wynikach rozpoznania. Kutschera ok. 9 rano wsiadał do służbowej limuzyny, w której był kierowca i drugi, niższy rangą oficer SS. Udawał się następnie do pałacyku w Alejach Ujazdowskich. Sily Niemców wyglądały następująco: 8-10 Niemców z automatami i granatami w dowództwie SS i policji, siedziba Kripo i SD w Alejach Ujazdowskich 7/9, 2 bataliony Schupo w gmachu Sejmu, siedziba Urzędu Policji Bezpieczeństwa w al. Szucha. Była to dzielnica wręcz nasycona uzbrojonymi Niemcami. Następnym krokiem był wybór ludzi do akcji. Miał ją wykonać I pluton, pod dowództwem niespełna 22-letniego „Lota” - Bronisława Pietraszewicza. Kolejnymi uczestnikami akcji mieli być: Jan Kordulski „Żbik” (zastępca dowódcy akcji i drugi wykonawca), Michał Issajewicz „Miś” (jako kierowca i trzeci wykonawca), Zdzisław Poradzki „Kruszynka”, Marian Senger „Cichy”, Bronisław Hellwig „Bruno”, Kazimierz Sott „Sokół”, Henryk Humięcki „Olbrzym”. Po przeanalizowaniu potencjalnych miejsc akcji wybrano miejsce przed wjazdem do samego dowództwa SS i policji. Należało zablokować samochód wiozący Kutscherę innym samochodem, wobec czego zachodziła także konieczność użycia aż trzech samochodów – jeden blokujący i przeznaczony na stracenie oraz dwa do odskoku.

Akcja w alei Róż odpadała ze względu na to, że była mało uczęszczana i zespół wykonawczy rzucałby się w oczy. Wozy – Opel Kapitan, Mercedes 170V oraz świeżo zdobyty Adler-Triumf-Junior miano rozstawić w ten sposób, że pierwsze dwa stać miały na ulicy Piusa XI, między Mokotowską i Alejami Ujazdowskimi, trzeci zaś – prowadzony przez „Misia” i mający zablokować wóz Kutschery – na Piusa XI od strony Górnoślaskiej. Punkt zbiórki zespołu bojowego stanowić miało mieszkanie przy ul. Mokotowskiej 59 m. 31. 27 stycznia łączniczki przeniosły tam broń – pistolety maszynowe, pistolety krótkie i granaty. Pierwotnie datę likwidacji Kutschery wyznaczono na 28 stycznia 1944 roku. Traf chciał, że tego dnia Kutschera się nie pojawił i o 9:30 „Lot” nakazał zwinięcie akcji. Zaszedł również wypadek, który wyłączył „Żbika” z udziału w akcji. Wyszedł on z mieszkania przy Mokotowskiej 59 wraz z „Brunem”, „Junem” (Zbigniew Gęsicki) i „Kruszynką”. Szli parami w odległości od siebie. Na Hożej natknęli się na patrol, który minął „Bruna” i „Juno”, natomiast zatrzymał „Żbika” i „Kruszynkę”. Ten ostatni musiał mieć coś „trefnego” przy sobie, gdyż natychmiast rzucił się do ucieczki. Niemcy zaczęli strzelać, ale „Kruszynki” nie trafili. Trafili natomiast „Żbika”, który ułamek sekundy później niż „Kruszynka” rzucił się do ucieczki. Dostał ciężki postrzał w ramię, zdołał umknąć, zoperowano go. Stracił jednakże rękę (po operacji wywiązała się zgorzel). Później, mimo kalectwa, wziął udział w Powstaniu Warszawskim. Ten wypadek wymusił na „Locie” zmiany w składzie zespołu bojowego. Dokooptowano „Juna” oraz Stanisława Huskowskiego „Alego”. 29 stycznia na odprawie u kpt. „Pługa” nowy termin akcji wyznaczono na 1 lutego. Zmieniono też rozstawienie samochodówdo odskoku, które przeniesiono na ulicę Szopena. Skład zespołu bojowego i jego uzbrojenie ostatecznie wyglądało tak: „Lot” - dowódca i I wykonawca (MP40, vis, granat), „Ali” - zastępca dowódcy i ubezpieczenie (sten, granaty; później okaże się, że dla „Alego” zabrakło broni palnej i jego jedyną bronią będzie teczka z granatami), „Kruszynka” - II wykonawca (sten, granaty), „Miś” - kierowca i III wykonawca (parabellum, granaty), „Cichy” - ubezpieczenie (sten, parabellum, granaty), „Olbrzym” - ubezpieczenie (sten, parabellum, granaty), „Juno” - ubezpieczenie (stan, vis, granaty), „Bruno” - kierowca (2 parabellum, granaty), „Sokół” - kierowca (2 parabellum, granaty). Do tego dochodziły łączniczki, które miały sygnalizować moment wyjazdu Kutschery z alei Róż i przekazać ten sygnał „Lotowi” - „Kama”, „Dewajtis” i „Hanka”.

Dzień zapłaty...

1 lutego 1944 roku był dniem, jak na porę roku, wręcz ciepłym. Od rana trwały przygotowania do realizacji zadania. W punkcie zbiorczym pobrano broń, skąd pojedynczo bądź parami udawano się na wyznaczone planem miejsca. Naprzeciwko wylotu alei Róż stanęła „Kama”. Jej zadaniem było zasygnalizowanie momentu podjazdu samochodu Kutschery pod dom przy alei Róż 2. W tym momencie miała zawiesić trzymaną pelerynę na prawej ręce. Kiedy samochód z Kutscherą będzie wjeżdżał w Aleje Ujazdowskie, „Kama” przed nim przejdzie na drugą stronę ulicy, po czym oddali się z miejsca akcji. Będzie to również znak dla „Dewajtis”, która wyjmie z teczki białą torebkę i z nią przejdzie również przed samochodem Kutschery. Sygnał ten z kolei odbierze „Hanka, stojąca na rogu Alei Ujazdowskich i Piusa XI, przy narożniku Parku Ujazdowskiego i przekaże go ustnie „Lotowi”. On natomiast zdejmie kapelusz, co będzie widocznym znakiem do rozpoczęcia akcji. Między 8:50 a 8:55 rozpoczęto zajmowanie stanowisk bojowych. Zbliżała się godzina 9:10, chwilę wcześniej Alejami przeszedł kpt. „Pług”, który sprawdzał rozstawienie członków zespołu bojowego. Kutschera wyszedł z domu i... cała akcja ruszyła. Łączniczki wykonały swe zadanie zgodnie z planem. Na sygnał „Lota” ruszył samochów prowadzony przez „Misia”. Trasę swego przejazdu „Miś” dosłownie przeliczył na kroki, dzięki czemu dostosował prędkość tak, aby samochód z Kutscherą zablokować na ulicy, na chwilę przed jego wjazdem na teren pałacyku dowództwa SS. Samochód „Misia” zbliżał się do samochodu Kutschery i w pewnym momencie zjechał na nieprawidłową stronę jezdni. Musiał uważać, żeby Niemiec nie ominął go jedną lub drugą stroną jezdni. Niemiec, nieświadom zamiarów „Misia” włączył żółty reflektor, używany przez dygnitarzy hitlerowskich w celu żądania wolnej drogi. Auta stanęły, stykając się maskami. W tym czasie do samochodów zbliżał się „Lot” i kiedy samochody stanęły zaczął biec i z odległości metra rozpoczął ogień do siedzącego Kutschery i kierowcy (tym razem nie jechał adiutant Kutschery). Dobiegł „Kruszynka”, który strzelił w kierunku wyskakującego kierowcy i oddał serię do Kutschery. Dołączył „Miś”, który z „Kruszynką” wyciągnęli dającego jeszcze oznaki życia Kutscherę. „Miś” strzelił jeszcze raz do niego i zaczęli szukać dokumentów, które każdorazowo były dowodem na wykonanie wyroku. Dokumentów nie mogli znaleźć, więc wzięli pistolet Kutschery i jego teczkę.

Jednocześnie swe miejsca zajęło ubezpieczenie. „Olbrzym”, „Juno” i „Cichy” stojąc plecami do Parku Ujazdowskiego rozpoczęli ogień w stronę dowództwa SS i policji oraz innych budynków niemieckich. Wesprzeć miał ich „Ali” - niestety zaciął się zamek w torbie z granatami i „Ali” załamany nie wytrzymał i zaczął się wycofywać. Będzie to dla niego osobista tragedia. „Bruno” i „Sokół”, zaraz po rozpoczęciu strzelaniny, wycofali swe samochody przeznaczone do odskoku w stronę Alei Ujazdowskich. Niemcy tymczasem ochłonąwszy rozpoczęli walkę ogniową z grupą bojową. Pojawiły się pierwsze straty - „Lot” dostał ciężki postrzał w brzuch i zaczął się wycofywać do samochodu „Sokoła”, starając się resztkami sił wydać rozkaz o rozpoczęciu odskoku. W hałasie i ferworze walki nie słyszano go. Ranny w głowę został „Miś”, chwilę potem w brzuch dostał „Cichy”, a „Olbrzym” w pierś. „Sokół” włączył się do walki obrzucając granatami Niemców, którzy wyskoczyli z ulicy Szopena. Wciąż osłania kolegów strzelający ze swego peemu „Juno”. Rozpoczęło się wycofywanie. Do samochodu „Bruna” wsiedli zdrowi „Kruszynka” i „Ali”. „Bruno” ruszył Szopena, Mokotowską i na Krochmalnej nastąpiło oddanie broni łączniczkom i zamiana dokumentów. „Kruszynka” i „Ali” wysiedli na Nowym Zjeździe, a „Bruno” odstawił samochód do garażu, po czym udał się do mieszkania państwa Sottów przy Nowym Mieście 25, gdzie przebywać już mieli „Kruszynka” i „Ali”. Samochód „Sokoła” zabrał rannych: „Lota”, „Olbrzyma” i „Misia” oraz „Cichego” Jadą ulicami Szopena, Mokotowską, Kruczą, Bracką, Zgoda, Zielną, Sienną, Graniczną do Placu Bankowego, gdzie przed restauracją „Melodia” oczekiwał lekarz oddziału „Dr Maks” (Zbigniew Dworak). Dla rannych rozpoczyna się droga przez ulice Warszawy w poszukiwaniu ratunku dla nich. Pierwszym celem jest Szpital Maltański. Lekarz dyżurny nie przyjmuje jednak na przyjęcie ciężko rannych, tłumacząc to tym, że nie ma w chwili obecnej chirurgów i czystej bielizny operacyjnej. Wobec tego w szpitalu zostają lekko ranny w głowę „Miś” i „Olbrzym”. „Lota” i „Cichego” Dr Maks” chce zabrać do Szpitala Ujazdowskiego, ale „Lot” informuje lekarza, że w pobliżu miała właśnie miejsce akcja i nie mogą tam jechać.

Zostaje Szpital Przemienienia Pańskiego przy ulicy Sierakowskiego, położony po praskiej stronie. Jest to krok ryzykowny, gdyż pracuje tu „Dr Maks”, który mógłby zostać zdekonspirowany. Po przyjeździe do szpitala „Dr Maks” udaje się do izby przyjęć, aby powiadomić o sprawie w jakiej przyjechał. Trzeba działać szybko – po pierwsze ze względu na ciężkie obrażenia rannych, po drugie ze względu na obecność na terenie szpitala postrzelanego samochodu, który przyciąga uwagę ludzi. „Lot” i „Cichy” zostają wniesieni do budynku i trafiają bezpośrednio na salę operacyjną. Pech chciał, że wnoszenie rannych zauważył granatowy policjant, który po indagacji powiadomił przełożonych. Komisariat przysłał policjanta do pilnowania rannych. Ci, mimo że byli operowani niemal natychmiast, znajdowali się w ciężkim stanie - „Lot” miał uszkodzoną wątrobę i jelita, „Cichy” obrażenia ogólne jamy brzusznej i śledziony. O stanie rannych poinformowano „Dr Maksa” oraz dowódcę „Pegaza” kpt. „Pługa” i kolegów z oddziału. Przed „Junem” i „Sokołem” stanęła sprawa pozbycia się postrzelanego samochodu.

Najłatwiej by łoby go porzucić gdzieś w bocznej i mało uczęszczanej uliczce. Dwaj żołnierze postanowili jednak wrócić tym samochodem na lewą stronę Wisły. Być może nie chcieli porzucać auta noszącego ślady walki w pobliżu umiejscowienia rannych kolegów, może chcieli uratować ten wóz dla kolejnych działań i akcji. Tego już nigdy się nie dowiemy. Postanawiają wracać tą samą trasą, którą przyjechali - mostem Kierbedzia, co okaże się ogromnym błędem. Na moście zaskakuje ich niemiecka obława. Niemcy szaleją po likwidacji Kutschery i obstawiają wszystkie możliwe miejsca ucieczki zamachowców. Pozostaje im tylko walka. Strzelają, rzucają granaty i decydują się na skok w nurty Wisły. Niemcy strzelają do nich i następnie wyławiają ciała. „Sokół” posiadał przy sobie, wbrew zasadom konspiracji, swe prawdziwe dokumenty. W ten sposób Niemcy go identyfikują. W tym miejscu warto dodać, że o grożącym niebezpieczeństwie rodzinę „Sokoła” zawiadomił „granatowy” policjant, który asystował w obławie na moście Kierbedzia. Dzięki niemu uniknięto kolejnych strat w ludziach i broni, gdyż w mieszkaniu państwa Sottów była ukryta broń. Postanowiono również odbić rannego „Lota” i „Cichego”.

Od wtyczki z policji kryminalnej dowiedziano się, że wie ona, iż w Szpitalu Przemienienia Pańskiego są podejrzani ranni – meldunek o tym złożyła policja granatowa i że kryminalni są obowiązani informować gestapo o każdym takim przypadku, ale są skłonni wstrzymać się dwie godziny. Była to wręcz jawna zachęta od odbicia rannych. Zorganizowano zespół, w skład którego wchodził m.in. „Jeremi”, „Mirski”, „Ziutek”, „Kopeć”, „Orkan”. Karetką przewieziono „Lota” do Szpitala Wolskiego, „Cichy” zaś trafił do Szpitala Maltańskiego. Niestety nie udało się ich uratować - „Lot” zmarł 4 lutego, zaś „Cichy” 6 lutego.

Po akcji...

Zastrzelenie Kutschery było szokiem dla Niemców. Tak chroniony generał SS i policji, znakomity specjalista od zaprowadzania brutalnego porządku, znany w wyższych kręgach hitlerowskich, został zabity w tym przeklętym dla Niemców, nieuległym mieście-symbolu. W odruchu szału w pobliżu miejsca akcji Niemcy rozstrzelali 2 lutego 100 osób. Nałożyli też na miasto kontrybucję – 100 milionów złotych, o czym poinformowali warszawską ulicę w afiszach. Zareagowała ona na swój sposób – na afiszach pojawiły się dopiski tej treści: „100 milionów zabrał na Kutschera – 200 chętnie damy, ale za... Hitlera”. Jak widać dla Polaków likwidacja kata znacząco wpłynęła na poprawę humoru. Cieszono się, że Polska Podziemna usunęła zbrodniarza i ten nastrój dawał się wyczuć na ulicach. Niemcy bali się polskiego podziemia i ta świadomość cieszyła warszawiaków i napawała ich dumą. 4 lutego 1944 roku, w dniu śmierci „Lota” kondukt pogrzebowy złożony z zasępionych i przestraszonych Niemców (na trasie przemarszu konduktu wysiedlono na kilka godzin wszystkich mieszkańców) z trumną Kutschery na lawecie ruszył z siedziby dowództwa SS i policji Alejami Ujazdowskimi, placem Trzech Krzyży, Nowym Światem i Królewską do siedziby gubernatora Fischera w pałacu Brühla przy Wierzbowej. Później trumnę z ciałem Kutschery odesłano z Dworca Gdańskiego do Berlina. Na pamiątkę Kutschery jego imieniem nazwano 90 pułk SS. Niemcy w Warszawie obawiali się po śmierci Kutschery o swe bezpieczeństwo jak nigdy chyba dotąd, co znalazło swe odbicie w raporcie gubernatora warszawskiego Fischera, który w raporcie za I półrocze 1944 roku pisał tak: „(...) jest nieszczęściem, że człowiek, który tyle zdziałał i przyczynił się do bezpieczeństwa żyjących tu Niemców, padł ofiarą zamachu. Stan bezpieczeństwa znacznie się pogorszył. W lutym zginęło 20 Niemców, w marcu 40, w kwietniu i maju 186 i 310 pracujących w służbie niemieckiej oraz zostało ciężko rannych 244. Sytuacja w Warszawie jest najgorsza z dotychczasowych (...)”. Jednocześnie Niemcy podziwiali organizację polskiego podziemia i jego siłę. Świadczą o tym zapiski pracownika dyrekcji policji kryminalnej Fritza Schrama, który w liście do przyjaciela w Niemczech pisał, że: „(...) Należy podziwiać organizację zamachu, wszystko było przewidziane i wykonane do najdrobniejszych szczegółów. Tego zamachu mogła dokonać tylko bardzo silna organizacja, posiadająca ludzi fachowych. Moim zdaniem była to polska organizacja wojskowa, rozgałęziona i dobrze zakonspirowana. Musimy się z nimi liczyć, bo któregoś dnia gotowi nam sprawić wielce niepożądaną niespodziankę – nie będziemy nawet wiedzieli, gdzie i kiedy (...)”. Inny Niemiec wyraził się zaś w ten sposób: „Podziwiamy mistrzowską robotę zamachowców i ich odwagę. Na taki wyczyn mogła się zdobyć tylko świetnie zgrana organizacja. Podziwiamy Polaków i ich bohaterstwo. Widzimy, że ich nie zwalczymy i że najwyższy czas, ażeby kurs wobec nich zmienić, gdyż struny naciągnięte do ostateczności mogą lada chwila pęknąć”. Polskie społeczeństwo oficjalnie zostało poinformowane o likwidacji Kutschery w komunikacie wydrukowanym w „Biuletynie Informacyjnym”: „Komunikat nr 31 W dniu 1 lutego 1944 r. o godzinie 9:15 w Warszawie, na podstawie wyroku, został zabity silnie strzeżony i zakonspirowany gen. SS i policji Kutschera, szef SS, policji i gestapo na dystrykt warszawski, główny organizator trwającego od kilku miesięcy wzmożonego terroru. W starciu z konwojem zginęło kilku innych oficerów i żandarmów. 3 II 1944 r. Kierownictwo Walki Podziemnej”.

Za ten wyczyn Polska zapłaciła życiem 4 młodych żołnierzy. I może straty liczbowe nie wydawały się duże, wszak trwała wojna i codziennie ginęły tysiące ludzi, to jednak dla kraju były to straty niepowetowane. Ginęła najlepsza polska młodzież, ludzie o szerokich horyzontach umysłowych, ideowi, uczciwi, dla których ideałem i treścią życia było pracować dla Rzeczypospolitej. Było to chyba jedno z najlepszych polskich pokoleń, urodzone już w wolnej Polsce i nie wyobrażające sobie życia w niewoli. Każda śmierć jednego z takich żołnierzy oznaczała dla Polski potencjalnego prawnika, pisarza, architekta, inżyniera, naukowca czy wychowawcę mniej. To właśnie były te „diamenty”, którymi strzelaliśmy do wroga. Najtrafniej ujął chyba ich postawę kpt. Ryszard Białous „Jerzy”, dowódca Batalionu „Zośka”: „Ludzie, którymi miałem zaszczyt dowodzić, to nie wyspa oderwana od społeczeństwa ani cierpiętnicy, dla których było ideałem polec za Ojczyznę, lecz świadomi swych obowiązków młodzi obywatele Rzeczypospolitej, dla których ideałem było żyć dla Niej i pracą przyczynić się do Jej świetności”. Pamiętajmy o nich, nie pozwólmy na to, żeby niepamięć pokryła ich imiona i na przekór obecnym czasom i wiadomym ośrodkom, które alergicznie reagują na słowa „honor”, „Ojczyzna”, „patriotyzm” przekazujmy wiedzę i pamięć o nich kolejnym pokoleniom. Oni są wspaniałym, zbiorowym wzorcem do naśladowania. Zwłaszcza dzisiaj.

x Instagram

Red is Bad. Dołącz dziś do naszego Newslettera

Zgarnij 15 zł i nową smycz Red is Bad.

Znajdź nas